Ciekawe

Ostatnia misja Wahadłowca Atlantis
sobota, 17 grudnia 2011 16:15

Dziś kończy się to, co się zaczęło lotem na Księżyc. Ameryka ostatni raz wysyła astronautów w kosmos - mówi Janis. - Od tej pory będą latać tylko w rosyjskich rakietach. Albo wcale - No i jak tam było? - pytał pan Struś, dorożkarz.

- Panie, ludzkim głosem nie można na to odpowiedzieć. Panie, trzeba tam być i zobaczyć. Potęga! Potęga! No mówię panu! - opowiadał jeden z dwóch "wniebowziętych" meneli z filmu Andrzeja Kondratiuka .

Chodziło tam o latanie LOT-em na trasach krajowych za pieniądze wygrane w totolotka, ale gdyby Maklakiewicz i Himilsbach oglądali start promu kosmicznego na Florydzie, pewnie mówiliby panu Strusiowi dokładnie to samo. Wczoraj, kiedy Atlantis powoli i majestatycznie wspinał się w kosmos po kolumnie ognia wypluwanej przez jego silniki, tysiące gapiów w Titusville, małym miasteczku naprzeciwko Centrum im. Johna Kennedy'ego na Florydzie, podziwiało tę potęgę po raz ostatni.


Loty wahadłowców i loty "wniebowziętych" mają jeszcze jedną, oprócz potęgi, wspólną właściwość - były niezwykle kosztowne. Maklakiewicz i Himilsbach na plaży w Sopocie zorientowali się, że przepuścili całą wygraną i nie mają za co wrócić do Warszawy. Amerykanie również dość późno zorientowali się, że przepuścili 200 miliardów dolarów. Czy było warto?

"Wniebowzięci" nie mieli wątpliwości: każdy musi sobie czasami polatać.

Koniec prosperity

Wątpliwości nie mieli również gapie, którzy wczoraj ściągnęli do Titusville z całej Ameryki. Gazety i telewizje zapowiadały, że 135. start promu kosmicznego będzie oglądać na żywo milion ludzi. W rzeczywistości było ich trochę mniej mniej, ale i tak trzeba ich podziwiać, bo prawie cały czas lał deszcz, prognozy pogody były fatalne i NASA zapowiadała odwołanie startu na 70 proc ze względu na burze, opady i chmury. Ci którzy uwierzyli w 30 proc., zostali nagrodzeni: na 11:26 rano, kiedy zaplanowano start, niebo wypogodziło się.

- Jechaliśmy tutaj trzy dni, więc jak odwołają, będziemy koczować aż do startu nawet cały tydzień - odgrażali się Jack i Lucy, para studentów z Reno w Nevadzie. - W końcu to ostatni raz, nie? Kończy się cała epoka, coś wielkiego w historii Ameryki, więc musimy to zobaczyć na własne oczy...

Epoka prosperity kończy się również dla Titusville, sennego miasteczka, które przez ostatnie 30 lat kilka razy w roku przeżywało najazd kosmicznych turystów. W obskurnym motelu Budget, w którym nocleg kosztuje zwykle 40 dol., z czwartku na piątek żądano siedem razy więcej.

- Daj Bóg, że przyjdzie burza i przełożą start na niedzielę! Wtedy zarobimy trzy razy więcej... Należy nam się, w końcu to ostatnia taka okazja - śmiał się menedżer motelu, który osobiście przekonywał turystów w recepcji, żeby brali pokoje, póki jeszcze są. - A potem już tylko palnąć sobie w łeb! - dopowiedziała jego żona, która wygodnie rozpostarta w fotelu w hotelowym lobby (choć określenie "lobby" jest w przypadku tej dziury sporym nadużyciem) oglądała ostatni komunikat pogodowy NASA.

"Dzisiaj o pierwszej po południu przez przylądek Canaveral przeszła gwałtowna burza. Piorun uderzył 157 metrów od wieży startowej, na której stoi Atlantis, ale przygotowania do jutrzejszego startu idą zgodnie z planem. Kolejny komunikat ogłosimy o drugiej w nocy, kiedy powinna rozpocząć się procedura tankowania paliwa do zbiorników wahadłowca" - mówił pan w telewizorze.

Losy motelu Budget, podobnie jak wszystkich hoteli i restauracji w okolicy, są niepewne, bo podbój kosmosu ściągał turystów nawet w pozostałe dni roku, kiedy nie startowała żadna rakieta. Przyjeżdżali zwiedzać centrum lotów Kennedy'ego.

Niestety, dla Titusville zanosi się, że żadnego podboju w najbliższych latach nie będzie.

Księżycowy american dream

- Miałam wtedy sześć lat, ale pamiętam to dokładnie jak dziś. Obraz w telewizorze był biało-czarny, trochę niewyraźny i rozdygotany. Kiedy Armstrong wyszedł z lądownika i zrobił pierwszy krok... Pamiętasz, mały krok dla człowieka, ale wielki dla ludzkości? No więc kiedy zrobił ten pierwszy krok na Księżycu, rodzice i my, trójka rodzeństwa, wpadliśmy w euforię. Ojciec przez całą noc puszczał przed domem fajerwerki - opowiada Janice Bohnam-West, dyrektorka szkoły językowej w Raleigh w Karolinie Północnej.

Kiedy Apollo 11 startował w 1969 roku, Titusville przeżyło największy najazd w historii. Wtedy naprawdę był tu milion ludzi. Ale wtedy Stany Zjednoczone były u szczytu potęgi, klasa średnia trzymała się mocno, Amerykanie wierzyli w american dream, a bezrobotni byli tylko lenie i nieudacznicy. Teraz syn Janice, który w zeszłym roku skończył studia z dyplomem magistra historii, pracuje w piekarni.

- Czterdzieści lat temu z takim dyplomem miałby pięć ofert pracy - mówi Janice.

W ostatnią środę Janice zadzwoniła do przyjaciółki - nauczycielki hiszpańskiego Sofii - i zaproponowała wspólny rajd na Florydę. Dwie panie w średnim wieku jechały kilkanaście godzin bez przerwy, a noc przed startem nocowały w samochodzie.

- Musiałam przyjechać, bo tamten dzień, lądowanie na Księżycu, jakoś wpłynął na moje życie. Wtedy uwierzyłam, że w tym kraju wszystko jest możliwe. Dlatego osiem lat temu odważyłam się otworzyć moją szkołę, chociaż w zasadzie nie miałam na to pieniędzy, tylko pomysł, entuzjazm i zapał do pracy - opowiada Janice. - Dziś kończy się to, co się wtedy zaczęło. Ameryka ostatni raz wysyła astronautów w kosmos. Od tej pory będą latać tylko w rosyjskich rakietach. Albo wcale. I nie wiadomo, jak długo to potrwa.

Kiedy w latach 70. NASA rozpoczęła prace nad projektem wahadłowców, chodziło o stworzenie statku wielokrotnego użytku, taniego i łatwego w obsłudze. Bezpiecznego i zdolnego do powtórnego lotu kilka dni po zakończeniu poprzedniego. Takiego który zamieni lot w kosmos w rutynę, a nie pełne napięcia wydarzenie. Dlatego nazywano go promem kosmicznym.

Prom zbacza z kursu

W 1981 roku, kiedy z przylądka Canaveral startował pierwszy prom - Columbia - wydawało się, że te założenia udało się spełnić. Ale potem okazało się, że najkrótszy czas między startami to dwa miesiące. Że starty są notorycznie odwoływane z powodu jakichś drobnych usterek. Że na 135 lotów dwa zakończyły się katastrofami - jeden przy starcie w 1986 roku, drugi przy lądowaniu w 2003 roku - dlatego trudno nazwać wahadłowce bezpiecznymi. Że po katastrofach wstrzymywano wszystkie starty na dwa-trzy lata. Że każdy start - jeśli wziąć pod uwagę całe koszty projektu, łącznie z fazą projektowania - kosztuje NASA półtora miliarda dolarów.

Rosyjska rakieta Sojuz, używana od końca lata 60., jest kilka razy tańsza w użyciu (także jeśli przeliczyć koszt wyniesienia na orbitę okołoziemską jednego kilograma ładunku), bezpieczniejsza i można na niej polegać. Nigdy nie zawieszano jej startów na kilka lat. Amerykanie muszą na nią liczyć w przypadku, gdyby w ostatniej misji wahadłowca poszło coś nie tak. Po katastrofie Columbii osiem lat temu astronauci przed podejściem do lądowania rutynowo sprawdzają stan kadłuba statku i jeśli stwarza on zagrożenie, mają odstąpić od lądowania i czekać na pomoc na orbicie. Ale nie ma już drugiego wahadłowca w odwodzie, który mógłby ściągnąć ich na ziemię. Dlatego ostatnia załoga Atlantis to tylko cztery osoby, a nie sześć lub siedem, jak w poprzednich lotach. W razie czego będą ich ratować - w czterech ratach - rakiety Sojuz, bo mogą one przewieźć tylko jednego pasażera (oprócz dwóch członów załogi).

Po zamknięciu programu wahadłowców w NASA straci pracę 7 tys. ludzi. Ale szefowie agencji obawiają się, że do sektora prywatnego odejdą również - z braku wyzwań i grantów - najlepsi inżynierowie. - Możemy zostać z "drużyną B", czyli z inżynierami i naukowcami, którzy mieli na studiach oceny "B" (a nie najlepsze w Ameryce "A") - mówi Albert D. Wheelon, były wysoki urzędnik NASA i CIA.

Ze względu na oszczędności przerwano niedawno program Constellation, którego celem było ponowne wysłanie Amerykanów na Księżyc. NASA nie ma już żadnych konkretnych celów poza jednym, dosyć mętnym - budowy rakiety, która może zabrać ludzi daleko poza Ziemię i poza Księżyc. Ale pieniądze na ten projekt są stosunkowo niewielkie.

W styczniu rządowy panel ds. bezpieczeństwa aeronautyki (Aerospace Safety Advisory Panel) ostrzegał, że "brak konkretnych celów i zdefiniowanej misji może doprowadzić do upadku morale pracowników NASA".

NASA traci wizję

Zarzuty, że brakuje wizji, rozmachu i fantazji, pojawiają się już przynajmniej od kilkunastu lat.

Ostatnia misja Atlantis to dostarczenie prowiantu do Międzynarodowej Stacji Kosmicznej - niezbyt ekscytujące zadanie, szczególnie w porównaniu z pełnymi chwały lotami na Księżyc. Zamiast z rozmachem podbijać kosmos, np. wysłać Amerykanów na Marsa, NASA wydała 200 miliardów dolarów na mało inspirujące orbitowanie kilkaset kilometrów nad powierzchnią Ziemi. Główne zadania wahadłowców to budowa wspomnianej stacji kosmicznej (tzn. transportowanie kolejnych jej modułów z Ziemi na orbitę i ich instalowanie) i naprawa teleskopu Hubble'a, który NASA niesławnie wystrzeliła w kosmos z uszkodzonymi lustrami.

- Gdybyśmy inaczej wydali te 200 miliardów, nie planowalibyśmy lotu na Marsa za kilkadziesiąt lat, tylko już byśmy tam byli. Mogliśmy też nauczyć się, jak eksplorować i wykorzystywać Księżyc - mówił cztery lata temu ówczesny szef NASA Michael Griffin.

Teleskop Hubble'a, który kosztował zaledwie 2,5 mld dolarów, przyczynił się do większej liczby odkryć, niż stacja kosmiczna i wszystkie loty promów razem wziete.

Ale przyziemny - dosłownie i w przenośni - charakter wahadłowców był założeniem programu od samego początku. W latach 70. niektórzy krytykowali z kolei loty na Księżyc, które były bardzo kosztowne, ale nie przynosiły żadnego praktycznego pożytku - poza podniesieniem morale Amerykanów. Promy kosmiczne miały być dla odmiany pożyteczne i praktyczne. Miały wynosić na orbitę i serwisować teleskopy i satelity, z których korzystają dziś miliony ludzi.

Dostarczaniem prowiantu do Międzynarodowej Stacji Kosmicznej mają od teraz zajmować się prywatne firmy amerykańskie - SpaceX albo Orbital Sciences. Pierwsza już dwukrotnie i z powodzeniem wystrzeliła na orbitę rakietę własnej produkcji (Falcon 9). Rakieta Orbital Sciences podczas testów zapaliła się, ale obie firmy mają nadzieję rozpocząć dostawy do MSK już w przyszłym roku.

- Mam wielkie nadzieje, że teraz, kiedy prywatny biznes stopniowo przejmuje od NASA loty w kosmos, pojawią się nowe, śmiałe projekty i znajdę fantastyczną pracę - mówi Margie Woodall, 21-letnia studentka inżynierii kosmicznej ze Starkville w stanie Missisipi, która również przyjechała na ostatni start wahadłowca. Na koniec tego roku akademickiego zbudowała swoją pierwszą rakietę, która doleciała na wysokość 3 tys. metrów.

Ale prawdę mówiąc, zupełnie nie wiadomo, skąd Margie czerpie swój optymizm. Wprawdzie szefowie i inżynierowie NASA marzą o ambitnych planach podboju kosmosu, ale Amerykanie - przytłoczeni kryzysem - patrzą dziś na ziemię, a nie w gwiazdy. Kiedy trzeba obcinać wydatki, coraz częściej pojawia się pytanie: Jaki w zasadzie pożytek możemy odnieść z badania gwiazd, czarnych dziur czy innych planet? Światy odległe o wiele lat świetlnych są - z praktycznego punktu widzenia - tylko iluzją. I tak nigdy do nich nie dotrzemy. Ich badanie nie różni się wiele od ontologii czy jakiejś innej abstrakcyjnej dziedziny filozofii.

Ambitniejsze badania kosmosu są często całkowicie niedochodowe lub trudno przeliczalne na dolary. Rząd USA przez całe dziesięciolecia sponsorował je czy to z czystej wiary w naukę, czy w ramach rywalizacji z Rosjanami. Jeśli nie będzie finansował prywatnych firm, jak SpaceX, takie projekty zostaną zarzucone. Eksploracja kosmosu skupi się na orbicie okołoziemskiej, bo to potrzebne jest generałom, CIA, meteorologom czy kierowcom korzystającym z systemu GPS.

W zeszłym roku prezydent Barack Obama ogłosił, że następnym celem NASA powinna być wyprawa na Marsa, ale chyba sam nie bardzo w to wierzy. Posłanie ludzi na Czerwoną Planetę jest kłopotliwe i kosztowne, a prawie wszystko, a może dokładnie wszystko, co mogliby tam zrobić astronauci, mogą zrobić roboty.

Warto jednak pamiętać, że wielkie odkrycia geograficzne przed 500 laty nie były li tylko wynikiem romantycznej żądzy poznania i ciekawości świata. Ferdynand Magellan nie zamierzał opływać kuli ziemskiej. Szukał dla króla Hiszpanii alternatywnej drogi do Wysp Korzennych, ponieważ Portugalczycy dostali od papieża monopol na szlak morski dookoła Afryki i zmonopolizowali handel przyprawami. Najbardziej niezwykła wyprawa w historii ludzkości była, prawdę mówiąc, przedsięwzięciem czysto handlowym i politycznym.

Źródło: Gazeta Wyborcza